Przejdź do głównej zawartości

I came :)

 Jestem zauroczona Anglią. To coś wspaniałego móc tam pobyć chociaż tydzień. Szkoda, że tak szybko się skończyło. Nawet się nie obejrzałam, a znów jestem w Polsce.

Wiele rzeczy, które tam zobaczyłam i poznałam, nie raz mnie zaskoczyły. Szczerze żałuję, że nie zdecydowałam się na taki wyjazd parę lat temu. Teraz mój angielski mógłby być na wyższym poziomie. Niestety, czasu nie cofnę. Ale za to miałam okazję być tam chociaż raz i to jest najważniejsze. Dzięki temu, stałam się bardziej otwarta na ludzi i poznałam historię kolejnego kraju.




Pewnie zastanawiacie się, jaka była rodzina, u której mieszkałam, jak wyglądał Londyn, co się odczuwa gdy się już w nim jest, a przede wszystkim czy ciężko jest się dogadać z Anglikami.

Zacznę od tego ostatniego, bo najbardziej się obawiałam, że nie będę umiała nic wybełkotać, a tym bardziej zrozumieć. Wiedząc na jakim niskim poziomie jest znajomość tego języka, nie łudziłam się, że dostanę się do najlepszej grupy. Razem z dziewczynami z domku byłyśmy w najsłabszej grupie. Ale mimo tego, nie miałam większego problemu z rozmową z rodzinką i ludźmi na ulicy. Nawet zaczęłam się zastanawiać, jak to jest,  że na lekcji gdy słucham nagrań guzik z tego rozumiem, a to co oni mówią jest jednym wielkim pomieszaniem z poplątaniem. Zaś w Anglii, nawet gdy nie znałam słówka, bez problemu mogłam powtórzyć, a nawet domyślić się jego znaczenia.
Poza słownictwem bałam się, że natrafię na jakąś dziwną rodzinę. Oczywiście, była to tylko moja wyolbrzymiona wyobraźnia. Trafiłyśmy do bardzo fajnego domu. Panowała tam rodzinna atmosfera, a nasi Host Parents byli bardzo życzliwi. W całym domu można było odnaleźć to co dla nich najważniejsze. Przede wszystkim, w każdym korytarzu, w każdym wolnym miejscu znajdowały się zdjęcia rodzinne. 
Dom w Canterbury (Więcej o tym mieście w następnej notce)
Oprócz tego rzucało się w oczy to, że było sporo pamiątek z przeróżnych podróży. Mieli do tego przeznaczoną specjalną półeczkę, która wisiała zaraz przy drzwiach wejściowych ( skoro już mowa o drzwiach, w Anglii otwierają się w drugą stronę niż u nas). W niektórych częściach domu można było odnaleźć obrazy z Elvisem Presleyem. Stiuard (Host father) jeździł na motocyklach, a jego pamiątki ze zlotów również zawisły na ścianach. Pozostałe ściany ozdabiały obrazy namalowane przez Stiuarda. Każdy pokój był bardzo stylowo urządzony. 
Ale jak to bywa w Anglii, ogólnie wszystkie pokoje nie pasowały do siebie ;)

Komentarze

  1. Zazdroszczę Anglii, też bym chciała się tam znaleźć, chociaż na ten głupi tydzień. Ja akurat całe wakacje spędzam w Polsce ;-;

    http://werczill.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo fajne zdjęcia :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Świetny post :) pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Super fotki Edyta. Mieszkam w Doncaster ale to daleko od Londynu ,pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Blogowe losowanie

Na czym polega losowanie? Do wygrania jest pięć książek, które odnajdziecie w liście poniżej. Każdą z nich można wygrać losowo. Każdy uczestnik może wybrać 2 pozycje, o które będzie walczył. Aby wziąć udział w losowaniu, należy udostępnić baner na blogu, facebooku, google plus itp. i wyrazić chęć uczestnictwa (szablon podany poniżej). Za wykonanie tych czynności czytelnik otrzymuje jeden los.

Współpraca

Bardzo się cieszę, że udało mi się podjąć współpracę z internetową gazetą Scream Of Future . Mój wpsółudział będzie polegał na dostarczaniu im zdjęć mojego autorstwa. Jak sami zauważyliście, nie mam fotografii z sesji, lecz to nie jest problemem. Zdjęcia, które im wysyłam są z moich wakacyjnych podróży. W najbliższym czasie pokarzą się zdjęcia z Grecji  oraz  Anglii . Szczerze powiedziawszy zdziwiłam się, gdy na moim fanpagu  zauważyłam wiadomość od jednej młodej redaktorki tejże raczkującej gazety. To miłe, że ktoś spostrzegł moją twórczość, wśród tylu młodych amatorskich fotografów. Ten fakt bardzo motywuje do dalszego rozwijania swojej pasji. Jeszcze sporo nauki przede mną, aby zdjęcia mojego autorstwa miały przeciętny poziom. Parę zdjęć, które się ukażą ;)

Brighton... chwyt marketingowy

Jadąc na obóz wszyscy (poza kadrą i kierowcami) byli przekonani, że naszym celem będzie Brighton. Dopiero 2 dnia pobytu dowiedziałam się, że nie jesteśmy tam, ale w Worthing.